Wywiad z Kelly Creagh

CHCIAŁABYM ODDAĆ HOŁD E. A. POEMU

Kelly Creagh to amerykańska pisarka i tancerka, która zadebiutowała w 2010 roku powieścią „Nevermore”, wydaną niedawno w Polsce przez Wydawnictwo Jaguar. Już przed premierą książka cieszyła się ogromną popularnością wśród czytelników i zebrała wiele bardzo pozytywnych recenzji. O kulisach powstania historii Varena i Isobel, fascynacji Edgarem Allanem Poem i gotach pracujących w fast foodach rozmawiamy za pośrednictwem e-maila.

Joanna Wasilewska: Każda historia ma jakiś początek – a jaki początek miało „Nevermore”? Kiedy Kelly Creagh uznała, że napisze książkę; na nudnym wykładzie, w czasie bezsennej nocy?

Kelly Creagh: Zaczęłam pisać „Nevermore” w pierwszym roku nauki na Uniwesytecie Spalding. Brałam udział w warsztatach pisarskich i właściwie pracowałam nad innym projektem, serią dla nieco młodszego odbiorcy. Wysłałam prowadzącemu kilka rozdziałów tej historii i, dodatkowo, pierwszy rozdział „Nevermore”, które wtedy nie nazywało się wcale „Nevermore”. Pamiętam, że wykładowcę, amerykańskiego pisarza Joyce’a McDonalda, zainteresował mocno ten kawałek historii. Poradził mi, żebym skoncentrowała się właśnie na „Nevermore”. Tak też zrobiłam. Na początku nie miałam opracowanej fabuły. Miałam gota i czirliderkę oraz pomysł, by zmusić ich do wspólnej pracy nad projektem z literatury. Jakim autorem mógłby się zainteresować mój bohater? Edgarem Allanem Poe. Im więcej czytałam o Poem, tym więcej ciekawostek na temat jego życia i śmierci odkrywałam. Jakoś tak mimochodem Poe, jego życie i twórczość, stały się kręgosłupem całej historii. Co zabawne, mam wrażenie, że cały proces pisania oraz to, co mi się w trakcie niego przydarzyło, odnoszą się w jakiś sposób do Poego – przeżyłam kilka mocno dziwacznych wydarzeń. Dla przykładu: na urodziny dostałam kartkę z własnym zdjęciem podpisaną przez Edgara. Nikt poza rodziną i przyjaciółmi nie miał pojęcia, nad czym pracuję, a tych akurat ludzi nie podejrzewam o podobne pomysły. W sumie do dzisiaj nie mam pojęcia, kto zrobił mi ten specyficzny prezent.

JW: Zdradzisz nam, jak na początku nazywało się „Nevermore”?

KC: Roboczy tytuł to „A Dream Within A Dream” (pol. „Sen we śnie”), wers z wiersza Poego o tym samym tytule. Tak, czy owak, „Nevermore” brzmi o wiele lepiej!

JW: A samo „Nevermore” bardzo odbiega od „Dream Within A Dream”? Trudno sobie wyobrazić powieść bez Varena albo Pinfeathersa…

KC: Miedzy manuskryptem a finalną wersją powieści nie ma jakichś drastycznych różnic. Moja redaktorka zasugerowała kilka większych poprawek, za które, z perspektywy czasu, jestem ogromnie wdzięczna. Dzięki wspólnej pracy wprowadziłyśmy do powieści kilka elementów, które stały się integralną częścią historii. To moja redaktorka wymyśliła motyw z różową wstążką, pomogła także dopracować ostatnią scenę z Varenem. Właściwie, choć ogólna wizja powieści nie zmieniła się prawie w ogóle, to książka przeszła kilka nie pozbawionych znaczenia zmian, co wyszło jej tylko na dobre.

JW: Życie i twórczość Poego są, jak sama zauważyłaś, kręgosłupem powieści, a właściwie całej trylogii. Dlaczego akurat Poe, a nie inny przedstawiciel czarnego romantyzmu?

KC: Jak już mówiłam, na początku Poe miał być tylko dodatkiem. Nie przypuszczałam, że jego postać będzie miała tak wielki wpływ na ostateczny kształt książki. Kiedy czytałam coraz więcej i więcej o przedziwnych okolicznościach jego śmierci, zaczęłam zadawać sobie to cudowne pytania: co by było, gdyby; a co, jeśli… No właśnie, a co, jeśli tajemnicze zniknięcie Poego miało coś wspólnego z jego pisarstwem? Pytanie, odpowiedź, taka układanka z elementów, które doskonale do siebie pasują. Zaczęłam uważniej studiować twórczość tego pisarza. Pojechałam nawet do Baltimore, gdzie go pochowano, by odwiedzić jego grób. Uwielbiam twórczość Poego za jej mrok, jakkolwiek by to nie brzmiało. Uważam, że Poe doskonale opisuje ludzkie lęki, nie potwory czające się za rogiem, ale bezdenną otchłań ludzkiego umysłu. To, co najbardziej pociąga mnie w jego twórczości to właśnie zdolność Poego do analizowania i ukazywania największych ludzkich lęków i koszmarów. W pewien sposób chciałabym oddać mu hołd.

JW: A jest jakiś utwór Poego, do którego żywisz szczególną słabość?

KC: Najbardziej lubię mało znaną, za to genialną nowelkę „William Wilson”. Poe w ogóle dużo pisał o dualizmie, sobowtórach, problemach osobowości. Ten temat pojawia się również w „Nevermore”, jest nieodmiennie kuszący. Historia Williama Wilsona oraz jego sobowtóra fascynuje mnie i przeraża. Do moich ulubionych utworów Poego należy również „The Imp of the Perverse” (pol. „Duch przekory”), trochę straszny, trochę zabawny tekst, który mocno inspirował mnie przy pisaniu, zwłaszcza we fragmentach dotyczących Noków.

JW: Twórczość Poego jest dość obszerna, jak wiele czasu zajęło ci zapoznanie się nią i napisanie powieści?

KC: W sumie, czytanie, pisanie, redakcja zajęły cztery długie lata, w trakcie których zdążyłam skończyć studia. Ale tak naprawdę moje badania nad Poem wcale się nie skończyły. Jego życie było tak wielowymiarowe, pełne tajemnic i niewyjaśnionych zdarzeń, że trudno ogarnąć je w tak krótkim czasie. Poza tym, im więcej wiem o Poem, tym pełniejsza staje się moja własna historia. Wciąż szukam kolejnych smaczków, drobiazgów, które pomogą mi napisać całą trylogię najlepiej, jak potrafię.

JW: „Nevermore” to bardzo obrazowa i przemawiająca do wyobraźni książka, mnie osobiście kojarzy się filmowymi produkcjami Burtona, który zresztą otwarcie przyznaje się do fascynacji Poem. Trudno było stworzyć te wszystkie wielopiętrowe opisy?

KC: O tak! Burton kocha Poego, a ja kocham Burtona! Naprawdę, jestem ogromną fanką jego produkcji! Nie ukrywam, że kolejne filmy wywarły na mnie wielkie wrażenie i nie pozostały bez wpływu na to, jak piszę. A co do samych opisów, tworzenie ich było raczej zabawą niż ciężką pracą. Na przykład o Nokach mogłabym pisać bez końca. Wielką przyjemność sprawiło mi też opisywanie zamczyska z „Maski Śmierci Szkarłatnej”. Pisząc o balu Księcia Prospero, mogłam popuścić wodze wyobraźni i uzupełnić opisy Poego o to, co nie zmieściłoby się w oryginalnej krótkiej noweli.

JW: Niestety, na razie nic nie wiadomo o planach sfilmowania „Nevermore”, ale przez chwilę wyobraźmy sobie, że jakaś wytwórnia planuje kolejny hit a ty masz wpływ na wybór reżysera i obsady…

KC: Naprawdę, naprawdę OGROMNIE chciałabym zobaczyć „Nevermore” na wielkim ekranie! To byłoby coś zupełnie niesamowitego, zwłaszcza, gdyby nad wszystkim czuwał właśnie Tim Burton. Wyobrażam sobie zwłaszcza końcową scenę balu maskowego w zamku z „Maski Śmierci Szkarłatnej”, wszystkie te komnaty w różnych barwach… Co do aktorów, nie mam ulubionych. W roli Isobel widziałabym Dakotę Fanning, zwłaszcza, że w prywatnym życiu jest właśnie czirliderką. A Varen? Nie mam pojęcia. Chciałabym, żeby akurat tę postać zagrał początkujący aktor, dla którego rola Nethersa stałaby się przepustką do kariery. Może kiedyś te marzenia się spełnią!

JW: Postać Varena wydaje się trafiać dokładnie w gusta młodych kobiet – nie zliczę, ile razy czytałam na sieci wyrazy miłości… Zdradź proszę, wzorowałaś go na kimś? Jeśli tak, nie pogardzimy adresem!

KC: Cóż, Varen jest troszeczkę, ale naprawdę troszeczkę inspirowany kimś, kto istnieje naprawdę. Nie jestem pewna, czy ten ktoś czytał „Nevermore” – jeśli tak, mógł się dopatrzyć pewnych podobieństw. Jedna ze scen w książce, a konkretnie ta w lodziarni, jest odbiciem czegoś, co miało miejsce w rzeczywistości. Nie do końca, ale jednak… Kiedy byłam nastolatką, zabujałam się bez pamięci w jednym gocie (imienia miłosiernie nie zdradzę). któregoś dnia poszłam do lokalnego fast foodu i stanęłam przy kasie, żeby złożyć zamówienie. Chłopak, który mnie obsługiwał miał na piersi plakietkę z imieniem. Gapiłam się na nią i myślałam: on nazywa się tak samo, jak moja miłość… Dokładnie to samo zrobiła Isobel. Patrzyła na plakietkę, potem podniosła wzrok i… spojrzała w oczy obiektowi facetowi, o którym myślała! To było piorunujące doświadczenie zobaczyć uwielbianego gota w uniformie pracownika fast foodu. Ten kontrast wywarł na mnie ogromne wrażenie, reakcję pamiętam do dziś. Nie mogłam się powstrzymać przed przeniesieniem całej sceny do książki.

JW: Nie korciło cię, żeby umieścić w książce swoje alter ego? Jaka rola by do ciebie pasowała?

KC: Często wydaje mi się, że Varen i Isobel są jak dwa ekstrema mojej własnej osobowości. Jestem ciekawska i wcale nie mam ochoty słuchać dobrych rad otoczenia, najchętniej zrobiłabym wszystko po swojemu, a z drugiej strony często bywam przybita i czuję się bardzo nieszczęśliwa. Poza tym uwielbiam najróżniejsze dziwne i niepokojące rzeczy – uważam na przykład, że nekropolie to jedne z najpiękniejszych i najwspanialszych miejsc na ziemi. Dzielę tę fascynację z Varenem.

JW: Duża część powieści rozgrywa się w amerykańskiej szkole, która jest inaczej zorganizowana niż polska. Jak to jest być amerykańską nastolatką?

KC: Oparłam Trenton na mojej własnej szkole, duPont Manual w Louisville w Kentucky. Typowa amerykańska nastolatka ma zazwyczaj około sześciu godzin lekcji dziennie a potem, właściwie po szkole, dodatkowe zajęcia. Izzy jest czirliderką i chodzi na treningi, ja w tym czasie pisałam scenariusze i dramaty. W szkole średniej miałam wielu znajomych gotów, ale, w całkowitym sekrecie, byłam również maskotką szkoły. Brałam udział w meczach i różnych imprezach, a wszystko to w kostiumie gigantycznego barana. Bałam się przyznać komukolwiek, że czuję się tak bardzo zżyta ze szkołą, więc aż do końca trzymałam język za zębami – nikt nie wiedział, kto kryje się pod kupą futra. Swoją drogą, to doświadczenie pozwoliło mi poznać dobrze zarówno szkolnych gotów, jak i zupełnie inną subkulturę…

JW: „Nevermore” to nie tylko romans paranormalny, ale również powieść obyczajowa. Opisujesz między innymi nietolerancję, przemoc, wojnę między subkulturami. Miałaś jakieś doświadczenia w tej materii?

KC: Uważam, że cicha wojna między różnymi grupami, zarówno kulturowymi, jak i ekonomicznymi, jest wyraźnie odczuwalna w szkołach. Byłam zarówno świadkiem, jak i uczestnikiem rozmaitych wydarzeń. Kiedy zaczęłam pisać „Nevermore”, nie usiadłam i nie uznałam, że prześladowania muszą się oto stać znamienną częścią historii. Tak po prostu jest. Do spięć dochodzi głównie między Bradem i Varenem, co jest w sumie dość absurdalne. Tak naprawdę, co może być niespodzianką, obydwaj dzielą podobne doświadczenia, ale reagują na stres w skrajnie różny sposób, co prowadzi do konfliktów. Co do mnie samej, spotkało mnie kiedyś sporo nieprzyjemnych rzeczy. Kiedy byłam dużo młodsza, miałam opinię dziwaczki, poza tym, jako dobrze odżywione dziecko, byłam mocno, powiedzmy, pucułowata. To wystarczyło. Podobnie jak Varen, uciekałam w wymyślony świat, do wymyślonych przyjaciół.

JW: Wątek paranormalny powieści odbiega nieco od dzisiejszych standardów. Zamiast wampirów, wilkołaków albo innych obcych stworzeń mamy człowieka, tęsknotę i sny. Nie miałaś ochoty na jakiegoś przystojnego upadłego anioła?

KC: Mam taką filozofię, że nie wybieram sobie bohaterów, tylko oni wybierają mnie. Na przykład Nokowie, jeden z najbardziej upiornych elementów książki. Wcale ich nie planowałam. Byłam mniej więcej w połowie tekstu, gdy Pinfeathers po prostu się pojawił. Nie było go, przybył. I został. Bardzo cieszę się, że nie uznałam za stosowne pozbyć się go jak najprędzej! Co do wilkołaków czy wampirów, to darzę je ogromną sympatią. Gdyby w mojej głowie zagnieździł się któryś z przedstawicieli paranormalnego światka, pewnie o nim właśnie bym pisała. Zamiast tego, dostałam Varena – z całym jego przebogatym wachlarzem koszmarów! Poza tym, nie zapominajmy o Poem – jego twórczość miała ogromny wpływ na kształt książki. Budując nastrój, starałam się nawiązać do jego metod.

JW: A którą scenę paranormalną w „Nevermore” lubisz najbardziej?

KC: Scenę, w której Isobel tańczy z Pinfeathersem w trakcie maskarady! Lubię także opisy alternatywnego świata, w którym znajduje się Isobel.

JW: „Nevermore” to twój debiut. Pamiętasz pracę nad pierwszym rozdziałem? Ciężko było zacząć?

KC: Nie mam problemu z zaczynaniem projektu. Mam problem z tym, żeby go zakończyć! To zabawne, ale napisany w 2005 roku początek powieści wcale nie różnił się od tego, który znalazł się w książce.

JW: A jak jest z blaskami i cieniami powieściopisarstwa? Co uważasz za najtrudniejsze w swojej pracy?

KC: Najgorsze były poprawki. Któregoś dnia usiadłam do tekstu i odkryłam, że, o zgrozo!, zgubił się gdzieś jeden dzień, czego wcześniej zupełnie nie zauważyłam. Poza tym sam autor nie jest w stanie dostrzec różnych niekonsekwencji, które wyłapuje redaktor – zdarza się, że z powodu jednego drobiazgu trzeba przemodelować spory kawałek tekstu. Książka jest niby gotowa, ale wciąż coś nie gra… Najprzyjemniejsze do pisania były chyba sceny z Gwen. To dość humorystyczna postać.

JW: Miałaś szczególny problem z jakąś konkretną sceną?

KC: Najtrudniej było mi dopracować fragment, w którym ojciec Varena wraca do domu. Pamiętam, że odwlekałam to, jak mogłam. Mam nadzieję, że teraz jest to jeden z najbardziej znaczących fragmentów powieści.

JW: Bycie pisarzem oznacza konieczność samodzielnej organizacji czasu pracy i dalekie jest od bajki… Jak sobie z tym radzisz? Masz jakiś opracowany schemat?

KC: W tym roku musiałam nauczyć się, jak stworzyć sobie plan i na dodatek się go trzymać. Kiedy pisałam „Nevermore”, miałam również zwykłą pracę. Gdy zaczynałam „Enshadowed”, już jako pełnoetatowa pisarka, opracowałam sobie schemat działania, klasyczny czterdziestopięciogodzinny tydzień pracy. Brzmiało nieźle, ale potem doszedł marketing, spotkania z czytelnikami i szybko okazało się, że plan jest mało realny, a ja mam spore zaległości. Cóż, teraz staram się pracować codziennie, wliczając w to weekendy. Oczywiście, nie zawsze się udaje, ale nauczyłam się już, że czasem lepiej odpuścić. Kiedy zaczynam się zmuszać do pisania, moi bohaterowie po prostu odwracają się do mnie plecami i wymownie milczą… Pracuję jakieś sześć – osiem godzin dziennie. Zaczynam rano, robię przerwę na lunch, wracam koło południa, a jeśli mam jeszcze energię, siadam do tekstu również później. Bywa różnie w zależności od dnia, a ja wciąż usiłuję nauczyć się pewnej rutyny. Jest łatwiej niż kiedyś, bo więcej czasu mogę poświęcić na pisanie.

JW: Ale poza tym, że jesteś autorką, jesteś również tancerką – jak dajesz sobie radę z dzieleniem czasu pomiędzy pisanie, taniec i odpoczynek?

KC: Kiedy pracowałam na pełny etat, naprawdę bardzo ciężko było znaleźć czas na wszystko. Teraz, kiedy właściwie tylko piszę i uczę tańca, okazuje się, że te dwa zajęcia znakomicie się uzupełniają. Jedno uzupełnia drugie, a ćwiczenia fizyczne pomagają mi wyrwać się z ponurego świata Varena, w którym spędzam lwią część dnia. Poza tym mój plan stał się o wiele bardziej elastyczny – pozwala również na podpisywanie książek, wizyty w szkołach, czy bibliotekach. Naprawdę kocham spotkania z czytelnikami a także prowadzenie wykładów o twórczości Poego!

JW: Uchyl rąbka tajemnicy – w opisie „Enshadowed” stoi, że Isobel szuka Varena. I znajduje go odmienionego. Niektóre czytelniczki panikują, że postanowiłaś zamordować jednego z najciekawszych bohaterów ostatnich lat!

KC: Ani słowa o „Enshadowed”! Varen przejdzie pewną przemianę, ale w końcu bohaterowie powinni ewoluować! Czytelników czeka kilka niespodzianek i kilka nagłych zwrotów akcji, ale więcej nie powiem, poczekajmy do premiery…

JW: Zostawmy więc „Enshadowed” – masz już tytuł trzeciego tomu?

KC: Trzeci tom jest na razie w stanie rozsypki, dopiero zaczynam nad nim pracować. Kiedy tylko tytuł zostanie wymyślony i zatwierdzony, zamieszczę informację na swojej stronie (http://kellycreagh.com) oraz na FaceBooku. Staram się dzielić z czytelnikami wszystkimi ciekawostkami i nowościami.

JW: Historia Isobel i Varena dobiegnie kiedyś końca… Masz jakieś plany na to, co będzie po „Nevermore”?

KC: Czas pokaże… A tak naprawdę, mam maszynopis, który chciałabym kiedyś opublikować. To naprawdę niezwykła historia z rodzaju tych, których się nie zapomina. Jedyna w swoim rodzaju. Powieści w tym stylu jest naprawdę bardzo, bardzo mało, może dlatego czuję się tak bardzo przywiązana do pomysłu wydania jej. Historia jest zupełnie odmienna niż „Nevermore”, ale BARDZO zabawna i jej tworzenie dało mi wielką satysfakcję. Nie mogę zdradzić szczegółów, powiem tylko, że to książka, którą pisałam dla siebie samej – któregoś dnia na pewno do niej wrócę. To jedna z takich historii, które bardzo silnie do mnie przemawiają – dojrzewa powoli w czasie, gdy pracuję nad „Nevermore”.

JW: Ogromnie dziękuję za wywiad!

Comments are closed.